Jeden poranek z życia kropiatki

Tekst ukazał się w „Przyrodzie Polskiej” Nr 6/2001.
Marcin Karetta
Jeden poranek z życia kropiatki

Wielu spośród ornitologów zalicza się do grupy tych, którzy nie
widzieli, a mimo to uwierzyli w istnienie tytułowej bohaterki. Ptak ten należy
do niewielkiego grona opierzonych stworzeń, które zdecydowanie łatwiej jest
usłyszeć niż zobaczyć. Kropiatka bowiem, zdecydowanie preferuje
„ukrywanie się” w gąszczu wodnobłotnej roślinności.
Z przymrużeniem oka, można więc stwierdzić, iż to właśnie skryty tryb życia
stał się powodem pewnego niezdecydowania w nazewnictwie tego ptaka. W różnych
latach określano go mianem kurki średniej, chruściela wodnika małego, czy też
chruściela najmniejszego.
Nawet najłatwiejsza cecha rozpoznawcza, charakterystyczny głos terytorialnego
samca, nie zawsze kojarzony był z tym gatunkiem. Jak pisze Taczanowski:
„Głos jej stanowi krótkie, ostre i przerywane gwizdanie, długo
powtarzane, co pospólstwo nasze żółwiowi przypisuje...”.
Przełom lipca i sierpnia. Ruszył pełną parą jesienny przelot wszelakiej maści
ptactwa. Co szczególnie dobrze widoczne jest nad zbiornikami wodnymi.
Od wczesnego ranka słyszę jednostajne mlaskanie. To para cyraneczek w trakcie
konsumowania śniadania. Ukryty w czatowni nad brzegiem niewielkiego, płytkiego
stawu dokonuję przeglądu miejscowej awifauny. Dominują mewy śmieszki,
czajki, sieweczki rzeczne. Aż tu nagle w polu widzenia pojawia się
niespodziewanie obiekt westchnień wielu ptakolubów - kureczka nakrapiana.
Ptak żeruje na granicy trzcin i lustra wody w odległości zaledwie trzech kroków
od miejsca mojego ukrycia. Nie zapuszcza się na otwartą, głębszą wodę. Żerując
błądzi między łodygami trzcin, rzadko dając okazję na wykonanie poprawnego
zdjęcia. Wielokrotnie przemierza swój odcinek trzcinowiska. Pilnie go strzeże.
W pewnym momencie skutecznie przegania przedstawiciela swojego gatunku, który
nieopacznie wtargnął na jej terytorium. Zadowolona z siebie, patrzy dumnie w górę
na zwinną, nikomu nie wadzącą rokitniczkę. Jakby znudzona tym widokiem spogląda
jeszcze tu i tam. Wreszcie przeciąga się zamaszyście, prostując nogę i
skrzydło. Nagle ten sielankowy nastrój przerywa młody wodnik. Z sobie tylko
znanego powodu, pędzi on niczym strzała skrajem trzcinowiska, po czym znika w
gęstwinie. Kropiatka nie zdążyła nawet zareagować na widok intruza.
Zaniepokojona rozgląda się tylko wokoło. Chwilę później, nie widząc zagrożenia,
oddaje się bez reszty przyjemności polowania na liczne, drobne bezkręgowce. W
przerwie przeczesuje, a następnie stroszy pióra, przez co chwilowo znacznie
zwiększa swoje rozmiary.
Wtem, na drugim końcu obserwowanego przeze mnie terenu, pojawia się kolejny
wodnik. Tym razem jest to dorosły osobnik. Stawia ostrożnie zielonkawe nogi,
czujnie wpatrując się w obiektyw mojego aparatu. Wodnik zaopatrzony w potężny
dziób w ogóle nie zwraca uwagi na kureczkę. Nie obawia się jej ataku. Ona zaś,
wyraźnie podbudowana wcześniejszym przepędzeniem swojego pobratymca, rusza z
impetem w kierunku przybysza. Zaskoczony wodnik wpada w panikę i salwuje się
ucieczką. Szybko jednak rozpoznaje agresorkę i przechodzi do udanego
kontrataku, którego efektem było późniejsze zgodne żerowanie obu gatunków
ptaków tuż obok siebie. Taki obrót sprawy świadczy o tym, iż termin
„kompromis” jest właściwy nie tylko dla stosunków międzyludzkich.
Wypada jeszcze wspomnieć o czujnych spojrzeniach kureczki rzucanych regularnie
w stronę nieproszonego gościa. Najwyraźniej nie do końca pogodziła się ona
z utratą wyłączności na swój kawałek trzcinowiska.
Tekst ukazał się w "Parkach Narodowych" Nr 3/1999
Marcin Karetta